Skrajnie wymęczone 5km!!!

Skrajnie wymęczone 5km!!!

23 grudnia, 2023 Off By oldboy

W głębi duszy czułem, że z treningu wyjdzie lipa. Ale nie dlatego, że byłem negatywnie nastawiony do 10km biegu pod dachem. Tylko dlatego, że czułem się ociężały jak słoń. W dodatku jak wypacykowany i pociągnięty  złotem słoń z porcelany, a nie prawdziwy zwierz z mięśni, krwi i kości. Któremu nikt na sawannie nie podskoczy!
Ale poszedłem. Myśląc, że nie będzie tak źle. A było beznadziejnie. W ciągu kilku chwil dotarło do mnie to, że jestem stary, wyłysiały, otyły i niczego w życiu nie osiągnąłem, a moje bieganie staje się mordęgą, a nie radosnym pokonywaniem kilometrów.
Wiem, że powinienem jak rasowy bloger wciskać ludziom pierdoły i zamiast wspominać o tym jak jest. Pisać o tym, że robiąc ostatni trening przed Bożym Narodzeniem czułem motyle w brzuchu. A spod bieżni na której się męczyłem wyłaziły endorfiny, które biegnąc wciągałem nosem. Zachłannie, jak narkoman wciągający do nosa najlepszej jakości ścieżkę białego proszku.
Ale nie chcę tak pisać. Bo o tym jak zajebisty jest świat dowiecie się z reklam, lub od blogerów którzy będą pisać to, co chcielibyście usłyszeć. Podobno bloguje się dla lajków, a filmiki na YT montuje dla oglądalności itd. Bo tysiące, dziesiątki tysięcy lajków, lub subskrybentów, to sygnał dla reklamodawców, że warto na takim blogu lub kanale umieścić swoją reklamę.
A ja jak zwykle idę pod prąd i nie uważam, żeby pisanie o własnych problemach było czymś złym. Przecież kiedyś się one skończą i będę mógł pisać o czymś lepszym. Być może odrodzę się jak Feniks z popiołów. Marzy mi się? Biorąc po uwagę moją legendarną skromność. Mam na myśli małe życiowe sukcesiki, które cieszą tylko nas. Bo tak naprawdę tylko one się liczą. Sukces bez względu na jego wielkość, liczy się tylko wówczas gdy cieszy….
Pamiętam książkę Jacka Londona – Martin Eden. Opowiadała o człowieku, który pragnął zostać słynnym pisarzem. I często przymierał głodem, niestrudzenie zmierzając do realizacji swojego celu, ponieważ nikt nie doceniał jego raczkującej twórczości. Pisał za grosze artykuły do gazet, aby mieć pieniądze na kromkę chleba. Ale miał ciężko. Beznadziejnie. Dopiął jednak swego. Ktoś go w końcu zauważył. Stał się sławnym pisarzem oraz bogatym człowiekiem… i popełnił samobójstwo. Rozczarował się światem do którego zaczął przynależeć. Dlatego sukces przestał go cieszyć. Uprościłem fabułę powieści. O wątek miłosny i coś tam jeszcze. Ale lata temu urzekła mnie zawziętość młodego bohatera książki, a później zwaliło z nóg jego samobójstwo. Brr!
Może moje nieudolne zmagania z własnymi słabościami mają sens? Moja niekończąca się droga do doskonałości, której nadal na horyzoncie nawet nie widać! Coś w tym jest. Być może organizm spowalnia mnie. Chroniąc w ten sposób przed tym, żeby mi z powodu jakiegokolwiek sukcesu nie odbiło? A może powinienem zostać sprzedawcą marazmu w puszkach? Z domieszką braku wiary w siebie i zniechęcenia, byłby to niezły suplement. Uchroniłby tysiące ludzi przed megalomanią. A co, może nie? Gdyby Napoleon, Hitler, albo Putin, codziennie wypili puszeczkę takiego suplementu. Gazowanego. O smaku Coli oczywiście. Nie byłoby wojen!!!

Oldboy65