Jestem jak wańka – wstańka!
Czasami czuję się jak wańka-wstańka – pradawna zabawka dla dzieci pochodząca z dalekich Chin z czasów rządów dynastii Tang. Mocnej ekipy panującej w tym kraju w okresie, gdy Polski jeszcze nie było na mapie. Być może by się na niej znalazła, tylko nikt jeszcze nie potrafił zrobić mapy! Przynajmniej nikt mieszkający między Odrą a Wisłą.
Wspomniana zabawka dzięki zaokrąglonej podstawie i obciążnikowi umieszczonemu na dole zawsze wraca do pionu. Niezależnie od tego, jak mocno ją popchniemy, nie przewraca się, a jej ruchy dodatkowo często wydają delikatny dźwięk na przykład dzwoneczka. Ja też wydaję dźwięki gdy codziennie wstaję z łóżka, lecz jest to znacznie mniej przyjemne dla ucha sapanie lub stękanie. Ale jaki wańka-wstańka takie słychać odgłosy. Lecz najważniejsze że jeszcze wstaję. Być może jutro po raz kolejny też będzie mi dane ujrzeć ten dziwny świat. Świat do którego jeszcze się nie przyzwyczaiłem. Lecz kto może wiedzieć, co będzie jutro?
Dzisiaj po raz kolejny podniosłem się, żeby ogarnąć swoje sprawy. No dobrze. Przyznaję i tak nie zrobiłem wszystkiego co chciałem. Dlatego od jakiegoś czasu swoje „niezrobienia” każdego dnia obliczam w procentach, gdyż tak mniej boli świadomość zmarnowanego czasu. Chociaż wygodniej byłoby to nazwać prokrastynacją. Podobno prokrastynację leczy się psychoterapią a nie medykamentami. Szkoda, bo łyknąłby człowiek tabletkę i zapierniczałby jak królik po koksie. Ale dobrze, że tym razem bieganie załapało się do spraw zrobionych. A zwlekałem z truchtaniem. Zwlekałem. Zastanawiałem się na tym czy biegać, czy nie. Co najmniej tak bardzo jak Wanda co nie chciała Niemca i pogoniła Germańca w cholerę! Na szczęście zebrałem się do kupy i ruszyłem w knieje.
Nie przypuszczałem, że będzie mnie kiedyś, a obecnie jest właśnie to „kiedyś”. Że będzie mnie cieszyć średnie tempo biegu 6:45min/km, natomiast przy 6:20 jestem zachwycony. A przy 5:40 jestem tak podniecony, jakbym na leśnej ścieżce ujrzał przed sobą mocno roznegliżowaną panienkę, wołającą do mnie; „Heloł! Dokąd biegniesz króliczku?” I zalotnie mrugającą do mnie oczkiem. Ale co zrobić, starość nie radość. Zwidy tylko, nieprawdziwe rusałki. Jednak najważniejsze jest to, że jeszcze się dziarsko poruszam. Przebieram nieogolonymi nóżkami, bo nie jestem metroseksualnym facetem, tylko starym piernikiem. Bo oni podobno golą nogi, więc mogę się tym dreptaniem nacieszyć czując wiatr we włosach! Możliwe, że w tym miesiącu dociągnę do stu kilometrów, gdyż są ku temu uzasadnione przesłanki.
Chociaż w Tolkmicku nie biegałem, bo mi się nie chciało. To teraz nie nadrabiam zaległości, ponieważ straconego czasu się nie odzyska, a nie przebiegniętego kilometrażu nie nadrobi. Znam ludzi którzy próbowali to czynić i zwykle kończyło się to kontuzjami. A po sześćdziesiątce nadrabianie czegokolwiek jest nonszalancją, wręcz głupotą. Zwyczajnym proszeniem się o kłopoty. Dlatego po krótkiej przerwie, jak gdyby nic – dreptam dalej. W końcu; „Chodzi o to, aby umrzeć młodo, najpóźniej, jak tylko się da” – jak powiedziała Tao Porchon-Lynch, kobieta która dożyła w dobrej formie do 101 lat. Co prawda nie biegała tylko ćwiczyła jogę. I może zabiorę się za robinie szpagatów, albo wrócę do wykonywania fiflaków, czy co się tam w jodze robi? Swastikasany, Uttana Kurmasany, czy Bhadrasany. Muszę to przemyśleć, ponieważ mam do zajechania jeszcze dwie pary butów biegowych w całkiem dobrym stanie i szkoda by było rezygnować w takim momencie.
Oldboy65