Ratunkowa Dekstroza!
Dzisiaj przebiegłem pierwsze 7km w tym miesiącu. Było ciężko, bo ruszyłem w teren po 16-tu godzinach bez jedzenia i brakowało mi energii. Tym bardziej, że wcześniej krzątałem się po mieście. Wysłałem list w punkcie pocztowym, podreptałem do apteki oraz podjechałem na myjnię ogarnąć furę z nagromadzonego od jakiegoś czasu brudu. Co trochę mi zajęło i ostatecznie zamiast o godzinie 9:00 tak jak wcześniej planowałem, ruszyłem do lasu o 12:30 Dobrze, że pociągi PKP aż tak bardzo się nie spóźniają!
Ale truchtałem z optymizmem, gdyż w poprzednim miesiącu wybiegałem 110km i była to stówka przebiegnięta po raz drugi z rzędu. A dużo nie brakowało, żebym tego nie zrobił. Lecz jedna telefoniczna rozmowa z kolegą postawiła mnie na nogi. Było trochę narzekania ponieważ koledze również nie za bardzo idzie i ja dorzuciłem trochę gorzkich żali od siebie. Ostatecznie nie było tak pesymistycznie, ponieważ mówiliśmy też o tym, co robimy aby tą sytuację zmienić. I staramy się to robić.
Po tej rozmowie doszedłem do wniosku, albo raczej przypomniałem sobie to, co dotarło do moich uszów wiele lat temu w szkole. O tym, że minus i minus daje plus. I to pozwoliło mi z optymizmem spojrzeć w przyszłość. Ciekawe, czy w szkołach nadal uczą dodawania, odejmowania i takich tam różnych zawiłości?
Wspomniany optymizm, który po kilku dniach nadal tli się we mnie jak blask ozdobnej lampki ładowanej energią słoneczną. Aby oddać ją w postaci delikatnego światła rozjaśniającego kontury ścieżki w przydomowym ogródku. I coś w tym jest, że rozmowa z człowiekiem którego się szanuje, lecz niestety widuje raz na kilka lat, najwyraźniej potrafi zdziałać cuda.
Ale dzisiejszy trening pozwoliła mi skończyć Dekstroza. Dokładnie trzy tabletki, które zabieram ze sobą na wszelki wypadek, gdy biegam na oparach strawionej żywności z dnia poprzedniego. Jednak na mocny trening, albo trwający powyżej 2 godzin nie odważyłbym się ruszyć bez porcji węglowodanów w organizmie. Natomiast bieg w komfortowym dla mnie tempie do 10km, mogę robić nawet po 20 godzinach bez jedzenia. Dzisiaj również dociągnąłbym do końca bez dekstrozy, ale postanowiłem biec trochę szybciej i nie dałem rady utrzymać tempa.
Moje bieganie na czczo to nie żadna filozofia wciągnięta do nosa jak ścieżka koksu z jakiegoś profilu na Instagramie, czy kanału na YT. Po prostu od czasu do czasu interesy redukcyjnej diety kolidują z biegowymi planami. I czasami biegam lub ćwiczę na siłowni po 16-20 godzinach bez jedzenia. A jeśli jest taka konieczność, to spożywam posiłek przed treningiem nie patrząc na to, że jadłem zaledwie kilka godzin wcześniej. Nasz organizm może nie być gotowy na to, czego od niego oczekujemy i lepiej nie zmuszać go do tego, czego nie może wykonać. Bo można się na takim podejściu nieźle przejechać. A widywałem na niektórych zawodach ludzi starających się wycisnąć z organizmu tego, czego w nim nie było. Na przykład leżącego na poboczu zawodnika po przebiegnięciu 10km na dystansie półmaratonu. Zrozumiałbym taki stan nawet na 18km, ale nie na dziesiątym. Albo „konającego” gościa po przebiegnięciu kilkunastu kilometrów maratonu. No cóż. Będę musiał trochę pokombinować, żeby nie wbijać się z treningami po kilkunastu godzinach postu, ponieważ chciałbym w tym miesiącu biegać znacznie szybciej niż to robiłem w ostatnim czasie.
Oldboy65