Kilometry treningowej męczarni.
Dzisiejszy trening był dla mnie męczarnią, a przebiegłem zaledwie 14km Pokonując skromne przewyższenie +319m pod górkę i 317m w dół. Ale Garmin docenił moje zaangażowanie, bo najwyraźniej tyrałem jak średniowieczny wół ciągnący wóz załadowany burakami, czy co tam się wówczas jadło? Brukiew? AI twierdzi, że brukwi w Średniowieczu nie jedzono tylko rzepę. Najgorsze jest to, że AI pisze – prawdopodobnie. Zamiast stwierdzić; „Człowieku w Średniowieczu pałaszowano rzepę i to w postaci pieczonej, duszonej jak i wędzonej. Wybij sobie z głowy brukiew!”
W każdym razie to waży i to waży. Nie uwierzycie, ale podobno kilogram brukwi waży tyle samo co kilogram rzepy! Mój wysiłek trwający godzinę i trzy kwadranse został wyjątkowo hojnie wyceniony, bo aż na 1153kcal W normalnych warunkach było by poniżej tysiąca. Ale co tam. Mogłem późnym popołudniem bez wyrzutów sumienia zjeść podarowany mi kawał pysznego ciasta drożdżowego ze śliwkami. I może do końca doby dociągnę na deficycie, bo wczoraj zaszalałem.

fot. Fragment bramy z wazonami o której wspominałem.
Miłym dla mnie zaskoczeniem na samym początku treningu okazał się nowiutki asfalt położony na ulicy Zdrojowej wspinającej się od rzeki do głównej drogi prowadzącej przez dzielnicę Szczawienko poza miasto, w głąb naszego pięknego kraju! Ale nie wiem dlaczego nazwaną ją Zdrojową, bo często wali tutaj kanalizacją, co ze zdrojem ma niewiele wspólnego. Być może za Niemca stało tutaj sanatorium lub coś podobnego stąd ta nazwa. Ale teraz nic takiego tu nie ma.
Asfalcik prowadził ulubionym 800 metrowym podbiegiem po pokonaniu którego wiem na co danego dnia mogę sobie pozwolić. Ale nie posłuchałem swojego organizmu i nie zawróciłem do domu aby sobie popłakać i ponarzekać, tylko brnąłem dalej. No dobrze, przyznaję. Jak już z domu się wytarabanię, to nie zawracam. Przez ponad 12-ście lat biegania postąpiłem tak niegodziwie najwyżej trzy razy.
Cholera, taki opis biegu nie przyciągnie na moją stronę miłośników biegania! Ale tak już mam. Piszę to, co mi do łba wpadnie. ZERO w tym merytoryki! A powinno być o pulsie, kadencji i różnych korzyściach które taki trening ludziom, jeśli zrobią ten sam trening jak ja – przyniesie.

fot. Zameczek widoczny na zdjęciu z pewnością każdy zna. Tym razem nie zajrzałem na dziedziniec.
Mój nowy zegarek ma tyle funkcji, że mógłbym obdarować nimi klub biegowy, o ile tak można by było zrobić. A ja jedynie korzystam z tempa, pulsu, wykazu przebytych kilometrów i przewyższenia barometryczno – satelitarnego. Tak ja to nazywam.
Zamontowałbym, to znaczy mój serdeczny kolega może mi to kiedyś zainstaluje w telefonie. Podepnie jak to się mówi – kartę, żebym mógł płacić zegarkiem. Ale obawiam się, że wówczas każdy trening kończyłby się w Żabce, gdyż często pojawia się na żabkowych półkach niezłe piwko i kusiłaby mnie taka nowoczesność. Przykładasz telefon do czytnika i masz co chcesz. Ale jazda!
No dobrze. Dobiegłem do parku zamkowego. Przebiegłem przez bramę ze sfinksami. Docierając do zamku, ale zawróciłem do kolejnej bramy, tym razem z wazonami. Musiałem zrobić zdjęcie tych wazonów, bo ta brama to ważna kwestia. Zbiegłem obok stadniny do Świebodzic. Biegłem i biegłem. Dłużyło mi się chociaż było z górki. Rozbujałem się nawet do kosmicznej prędkości 5:40min/km A później wdrapywałem się z powrotem do góry. Było krócej, ale ciężej. Jak to pod górę. Skręciłem na trawers Wilka. Obiegłem wzniesienie, a później wspinałem się wąską ścieżką do zamku. Odbiłem do amfiteatru i przedzierałem się przez trawnik do drogi, bo schody remontują. Będzie gdzie robić w zimie siłę, bo schody eleganckie, w sam raz do wbiegania. Do zimy chyba skończą się guzdrać z nimi. Do domu dotarłem górnymi półkami prowadzącymi przez Przełomy. Zmachałem się nie źle. Ale może forma przybędzie razem z pierwszymi śniegami i na wiosnę odrodzę się jak Feniks z popiołów!
Oldboy65